Rzeczy Piękne – Rozmowy z artystami i rzemieślnikami o twórczości i pasji do rękodzieła.

Koraliki pokoleń

Setki drobnych koralików, cierpliwość i serce włożone w pracę – tak powstaje krywulka komaniecka, regionalna odmiana tradycyjnego naszyjnika z drobnych koralików, charakterystycznego dla kultury Łemków, która zachwyca precyzją i symboliką. Nazwa „komaniecka” wywodzi się od Komańczy, miejscowości na Podkarpaciu, która była ważnym ośrodkiem życia łemkowskiego i gdzie takie krywulki były szczególnie popularne. Anna Dobrowolska od kilkudziesięciu lat z pasją oddaje się tej sztuce, pielęgnując dziedzictwo swoich przodków. Dzięki jej pracy krywulki nie tylko zdobią szyje kobiet na całym świecie, ale stają się też mostem łączącym przeszłość z teraźniejszością. Twórczyni nie zatrzymuje tej wiedzy dla siebie – dzieli się nią podczas warsztatów, spotkań i rozmów, udowadniając, że tradycja może być żywa, piękna i inspirująca także dla młodego pokolenia.

Pani Anna tworzy krywulki w swoim domu, najczęściej przy świetle naturalnym.

Pani Anno, czym są krywulki komanieckie i co sprawia, że ich wzory są wyjątkowe w tym regionie?

Anna Dobrowolska: Mówimy o krywulkach komanieckich, ponieważ właśnie takie szerokie naszyjniki – przypominające kołnierze, wykonane ze szklanych koralików – powstawały w Komańczy i okolicznych wsiach, w Dolinie Osławy. Na terenie, gdzie obecnie się znajdujemy, czyli w Środkowej Łemkowszczyźnie, tego rodzaju ozdób wcześniej nie znano.

Jak bardzo Komańcza i Pani rodzinne korzenie wpływają na Pani twórczość? Czy po tylu latach pracy może Pani określić, jaką rolę odgrywają w Pani sztuce rękodzielniczej?

AD: Moja rodzina pochodzi z okolic Komańczy. To tradycja łemkowska obecna w moim życiu dzięki rodzinnym korzeniom. Krywulka trafiła tutaj razem ze mną – przeprowadziłam się na te tereny i tu mieszkam. Jestem przedstawicielką pokolenia powysiedleńczego. Urodziłam się na Warmii, ale w 1975 roku wróciliśmy z rodzicami w rodzinne strony – do Komańczy, na pogranicze Bieszczadów i Beskidu Niskiego, bo właśnie tam przebiega granica między tymi pasmami.

Na Środkowej Łemkowszczyźnie, gdzie obecnie mieszkam, znalazłam się już później – z powodu pracy i miejsca zamieszkania mojego męża.

Krywulka komaniecka, to jedna z najbardziej rozpoznawalnych form łemkowskiej biżuterii, związana bezpośrednio z dziedzictwem kulturowym Komańczy i okolic.

Kiedy po raz pierwszy spotkała się Pani z krywulką? Kto nauczył Panią tej sztuki?

AD: Moją największą inspiracją była mama, Maria. To ona – po odnalezieniu starej krywulki, należącej do mojej babci, również Marii – postanowiła nauczyć się tej techniki.

Babcia niestety nie zdążyła przekazać tej wiedzy mamie. To były czasy powysiedleńcze, po akcji „Wisła” w 1947 roku. Wtedy nikt nie myślał o ozdobach – liczyło się tylko to, żeby przetrwać i zapewnić sobie jakiekolwiek godne życie.

Babcia zmarła bardzo młodo. Miałam wtedy zaledwie osiem lat. Po jej śmierci mama porządkowała dom i gdzieś na strychu, w starej skrzyni, znalazła krywulkę. Leżała tam przez dłuższy czas, aż w końcu mama postanowiła spróbować ją odtworzyć. Robiła to bardzo intuicyjnie – pruła kawałek po kawałku, analizowała wzór i na jego podstawie tworzyła własną wersję.

Moje pierwsze zetknięcie z krywulką miało miejsce mniej więcej 30 lat temu, może nawet trochę wcześniej. Pamiętam, że na początku trochę się z tego śmiałam – mówiłam do mamy: „Siedzisz i tylko oczy sobie psujesz…” – ale z czasem sama zrozumiałam, jak niezwykła to sztuka.

Czyli Pani mama nie uczyła się od nikogo – sama musiała „rozgryźć” krywulkę?

AD:  Tak, mama była samoukiem. Przykładowo świetnie szyła, choć nigdy nie skończyła żadnej szkoły krawieckiej. Obszywała też sąsiadki, a ja zawsze chodziłam do szkoły w najmodniejszych ubraniach –  kupowała kawałek materiału i potrafiła uszyć coś naprawdę wyjątkowego. Miała w sobie taką naturalną zdolność do rękodzieła. Kiedy trafiła na krywulkę, również ją to wciągnęło. Zaczęła próbować, eksperymentować – i tak to się zaczęło.

Pani Anna podczas pracy nad krywulką.

Czy Spółdzielnia Rękodzieła Ludowego i Artystycznego „Pilsko” była częścią centralnej organizacji Cepelia?

MO: Tak, to była spółdzielnia związana z Cepelią.

Czy może mi Pani opowiedzieć o stroju mieszczańskim żywieckim? Czy był on obecny w Pani rodzinie?

MO: Tak, strój mieszczański żywiecki był obecny w mojej rodzinie – wspominałam już o tym wcześniej. Mój dziadek był głównym cechmistrzem, szefem cechu, i nosił właśnie taki strój. Jego córka, a moja ciocia, również go zakładała. To czasy dość odległe – nie pamiętam ich osobiście – ale zachowały się rodzinne fotografie z okresu międzywojennego, a nawet sprzed I wojny światowej.

Później haft i stroje żywieckie widywałam podczas procesji w kościele. Sama też miałam z nimi kontakt, gdy tańczyłam w Zespole Regionalnym „Pilsko” – występowałam wówczas w stroju żywieckim.

Z biegiem lat, odwiedzając różne targi i kiermasze, zaczęłam coraz bardziej interesować się tą tematyką. Dziś, po wielu latach, prowadzę Szkołę Haftu na Tiulu – Żywiecką Szkołę Folkloru. Niedawno świętowałam jubileusz piętnastu lat istnienia Żywieckiej Szkoły Tradycji, a z tej okazji zorganizowano wystawę poświęconą haftowi żywieckiemu.

Tradycyjny strój kobiecy Łemków jest barwny i bogato zdobiony, a jego wygląd różnił się nieco w zależności od regionu. Całość stroju była bardzo kolorowa i bogata w detale, a różnorodność haftów i koralików pozwalała odróżnić regiony oraz status społeczny kobiety.

Czyli to mama wprowadziła Panią w świat krywulki. Jak to wyglądało? Czy było to coś narzuconego z góry?

AD: Nie, absolutnie nie było to narzucone. W naszej rodzinie wszystko działo się bardzo naturalnie. Kiedy się spotykałyśmy – najczęściej w kobiecym gronie – to oprócz rozmów zawsze coś robiłyśmy. Tak jak teraz siedzimy i rozmawiamy, tak wtedy rozmowie towarzyszyła praca ręczna. U nas nie istniało coś takiego jak „siedzenie bezczynnie” i picie kawy.

Każda miała czymś zajęte ręce – szyciem, szydełkowaniem, haftem. Ja wtedy byłam bardzo pochłonięta haftem krzyżykowym, naprawdę dużo haftowałam. Krywulka pojawiła się gdzieś obok, przy mamie, i z czasem naturalnie mnie wciągnęła. To było takie wspólne, twórcze bycie razem – bez przymusu, ale pełne inspiracji.

Ile miała Pani wtedy lat?

AD: To było dosyć późno – po czterdziestce. Kiedyś pojechałam do mamy i zapomniałam zabrać ze sobą mojej robótki. Siedzimy przy stole, rozmawiamy, śmiejemy się, aż w pewnym momencie mama mówi: „A co ty tak siedzisz?”

Odpowiedziałam: „No bo zapomniałam haftu…”.

Na to ona: „To bierz koraliki”.

Podała mi koraliki i pokazała, jak je nawlekać, jak zacząć. Było to dla mnie bardzo trudne – wszystko mi się plątało, złościłam się, niemal płakałam… nie mówiąc już o tym, że trochę sobie poklęłam.

Ale wciągnęło mnie to. Tak bardzo, że dziś moje hafty leżą w szufladzie, a ja robię krywulki.

Wspaniale! A jak to się stało, że zaczęłyście pokazywać krywulki szerszej publiczności?

AD: W pewnym momencie mama miała już zrobionych kilka krywulek – nawet te szerokie, kołnierzowe. Chyba dwie takie miała. I mówię do niej: „Nie trzymaj tego w szufladzie! Może ja gdzieś to pokażę”?

Pierwszy raz zaprezentowałam jej prace w skansenie w Szymbarku, podczas letniej imprezy. Pamiętam, miałam wtedy taki malutki stolik, a na nim porozkładane rzeczy – właściwie wszystko było jeszcze mamy.

 

Krywulka powstaje z setek, a czasem tysięcy drobnych szklanych koralików (głównie czeskich). W ornamentyce często występuje romb, a także inne motywy geometryczne.

A dziś? Od kwietnia do października praktycznie każdy weekend spędzam na festynach, jarmarkach rękodzieła, rozmaitych wydarzeniach. Jestem tam z krywulkami – których jest już znacznie więcej niż wtedy. Można je oglądać, przymierzać, kupić. To już stało się częścią mojego życia.

W jednym z wywiadów wspomniała Pani, że nie tylko odtwarza Pani tradycyjne wzory, ale też je rozwija. Co sprawia, że nowy wzór wciąż pozostaje osadzony w tradycji, choć jest już Pani autorskim projektem?

AD: To znaczy – nie do końca jest tak, że tworzę nowe wzory w ramach tradycyjnej krywulki. W naszej rodzinie odtwarzamy konkretny wzór, który zachował się na krywulce mojej babci.

Na dawnych krywulkach z regionu występowały właściwie dwa główne motywy: wzór rąbów, taki właśnie jak na naszej, oraz wzór sześciokątów. My trzymamy się rąbów, bo taki był oryginał, z którego korzystamy.

Natomiast każda krywulka różni się kolorystycznie – i to jest ta przestrzeń, w której mogę wyrazić siebie. Czasem zmieniają się też układy kolorów, kontrasty, odbicia wzoru. Ale forma i rytm pozostają wierne tradycji. To raczej wariacje na temat, a nie całkowicie nowe wzory.

Czyli trzyma się Pani tradycyjnego motywu, natomiast rozwija kolorystykę?

AD: Tak, kolorystykę rozwijam, ale podstawą zawsze pozostaje czerwone tło – to właśnie czerwień była tradycyjnym tłem dla krywulek. Mogła to być czerwień w różnych odcieniach: od niemal pomarańczowej po ciemną, wiśniową.

Pozostałe kolory, czyli elementy wzoru – romby, odbicia, tzw. „gądoczki” – zależały już od tego, jakie koraliki kobieta akurat miała pod ręką.

Czasami pojawiały się też krywulki na tle fioletowym lub czarnym, choć znacznie rzadziej. Były to wersje noszone w okresie żałoby.

Rodzinna pamiątka – cenna krywulka ciotecznej babci Anny.

Trzeba pamiętać, że krywulka nie była czymś, co można było gdzieś kupić. Każda dziewczyna czy kobieta robiła ją dla siebie samodzielnie. Oczywiście, jeśli ktoś nie miał zdolności, to pomagała siostra albo koleżanka – ale to wciąż było coś bardzo osobistego.

Różniły się też szerokością. To zależało m.in. od sytuacji materialnej rodziny – jeśli można było sobie pozwolić na więcej koralików, powstawały szerokie, imponujące formy. W biedniejszych domach bywały skromniejsze krywulki, czasem zaledwie 4–5 centymetrowe, maksymalnie do 10 centymetrów.

Jakiej szerokości były tradycyjne krywulki? Czy około 20 centymetrów to standard?

AD: Trudno mówić o jednej „tradycyjnej” szerokości, bo krywulki bywały bardzo różne. Tak jak wspomniałam wcześniej – wszystko zależało od możliwości kobiety, która ją robiła.

Ta, którą ja noszę, ma dwadzieścia kilka centymetrów i śmieję się, że to taka „średnio bogata” wersja. Ale zdarzały się krywulki jeszcze szersze – tak szerokie, że zakrywały niemal całe piersi. To były prawdziwe dzieła sztuki rękodzielniczej i symbole statusu.

Barwne krywulki komanieckie wykonane przez Panią Annę.

Czy technika tworzenia krywulki komanieckiej różni się od innych stylów, na przykład huculskich czy bojkowskich?

AD: Tak, różni się.

A czym dokładnie?

AD: Przede wszystkim sposobem wykonania. Krywulki komanieckiej nie robi się w całości od razu — powstaje etapami, w trzech częściach. Charakterystyczne jest też tzw. przymarszczenie przy szyi, czyli delikatne zwężenie, dzięki któremu naszyjnik lepiej przylega i naturalnie układa się wokół szyi. Tego elementu nie ma w tzw. kryzie ukraińskiej, czyli bardziej współczesnej wersji, często określanej jako „krywulta”.

Proszę powiedzieć, ile czasu zajmuje Pani wykonanie jednej sztuki — powiedzmy takiej średniej wielkości. Jak wygląda codzienny rytm pracy nad nią?

Anna Dobrowolska: Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo krywulki tworzę w tak zwanym „czasie wolnym” – między innymi zajęciami, obowiązkami domowymi czy wyjazdami. To nie jest praca, którą wykonuję ciągiem od początku do końca.

Ale jeśli przeliczyć rzeczywisty czas pracy nad jedną, średniej wielkości krywulką, to wychodzi około dwóch tygodni – czyli mniej więcej 130 godzin, gdyby pracować nad nią codziennie, od rana do popołudnia.

Skąd czerpie Pani wzory i inspiracje dla swoich prac?

MO: Powiem wprost. To nie jest tak, że można sobie po prostu wymyślać wzory i być szczęśliwym autorem wszystkich tych prac. Istnieją pewne kanony, określone przez nasze tradycje i historię. Są stare wzory muzealne, które można odtwarzać – i tak się często robi.

Natomiast oczywiście można też tworzyć własne kompozycje, ale zawsze z uwzględnieniem elementów klasycznych. Każdy kwiatuszek, każdy listeczek, każda gałązka ma swoją nazwę i charakterystyczny kształt. Z tych fragmentów, tych gotowych elementów, można komponować coś nowego. Jeśli ktoś ma lekką rękę do rysowania i potrafi sobie coś wymyślić, to jak najbardziej – wtedy powstaje autorski wzór, ale wciąż osadzony w tradycyjnej estetyce.

A Pani tworzy zarówno prace tradycyjne w kanonie, jak i takie, które są w pełni Pani autorską wytwórczością?

MO: Nie mogę sobie tego odmówić. Oczywiście tworzę oba rodzaje. Są osoby, które chcą mieć tradycyjne, muzealne wzory – i trzeba przyznać, że są one naprawdę piękne, ale są też osoby, które pragną czegoś innego, czegoś wyróżniającego się.

Teraz, dzięki działalności Stowarzyszenia Asysty Żywieckiej, coraz więcej ludzi chce nosić strój i prezentować się w nim publicznie. I każdy chciałby mieć coś unikalnego, co odróżnia go od innych. Właśnie na tym od początku opiera się żywiecki strój – od samej genezy chodziło o to, by każdy element miał swoje znaczenie, a jednocześnie pozwalał na indywidualność.

Jakie są najtrudniejsze elementy do wyhaftowania na tiulu?

MO: Największym wyzwaniem jest rozmieszczenie elementów na dużych powierzchniach, zwłaszcza gdy chodzi o strój. Ale to dopiero początek – trudność stanowią też ściegi wypełniające, na przykład środki kwiatków czy listków. To tak zwane „robótki”.

Niektóre z nich od lat są powtarzane i odwzorowywane, ale ambicją wielu hafciarek jest tworzenie nowych wzorów. W zależności od rodzaju tych „robótek” praca nabiera bogactwa i wartości artystycznej – im bardziej misternie i pomysłowo wypełnione elementy, tym piękniejszy i bardziej unikalny efekt końcowy.

Tiulowy kołnierz autorstwa pani Małgorzaty.

Czy widzi Pani wzrost zainteresowania tradycyjnym haftem wśród młodych ludzi?

MO: Raczej nie. Chociaż w stowarzyszeniu pojawiają się młodsze osoby, które chcą nosić stroje, to nie oznacza, że chcą je samodzielnie szyć.

Cierpliwość jest tu dużym wyzwaniem, a do tego młodzi mają inne możliwości finansowe i status – wolą kupić gotowy strój, niż godzinami siedzieć i haftować.

Na jakich wystawach i wydarzeniach ostatnio pokazywała Pani swoje prace, i które z nich uważa Pani za najważniejsze?

MO: Ostatnio brałam udział w wystawie jubileuszowej twórców ludowych. Natomiast moja indywidualna wystawa była również jubileuszowa – z okazji 15-lecia prowadzenia Żywieckiej Szkoły Folkloru. Na tej wystawie prezentowane były nie tylko moje prace, ale także prace pań, które przez te 15 lat uczestniczyły w zajęciach. Sięgnęłam pamięcią wstecz i zaprosiłam wszystkie uczestniczki, aby mogły pokazać swoje prace.

Trzy lata temu miałam indywidualną wystawę podczas Tygodnia Kultury Beskidzkiej. Była to bardzo osobista wystawa pt. „Lalki Małgorzaty”.

Jak już wspominałam, wszystko zaczęło się od lalek mojej córki. Potem powstały szopki w przedszkolach, gdzie lalki w strojach regionalnych trafiały do żłóbka. Przez lata korzystałam z pięknych lalek z Krawala (Krakowska Wytwórnia Lalek). Odczułam ogromny zawód, gdy firma zlikwidowała działalność – trudno było mi sobie zapewnić te lalki. Do dziś wspomnienie tego wywołuje we mnie silne emocje.

Dlatego zaczęłam sama robić lalki w strojach regionalnych – nie tylko żywieckich, ale także góralskich, z całej Trójwsi i okolicznych regionów. Wszystko dokumentuję na zdjęciach i pewnie kiedyś uda się to zaprezentować w całości. Niektóre elementy pożyczałam też do wystaw lub do przygotowania szopek w kościołach – całe zestawy lalek w strojach góralskich, starannie ubierane w różne ludowe kostiumy.

Na tej wystawie prezentowałam zarówno lalki, które szyłam dla mojej córki 30-40 lat temu, jak i nowe, które miałam w zapasach. Łącznie było około 40 lalek, wszystkie w pięknych strojach, prezentowane w sali wystawowej Żywieckiej Biblioteki Samorządowej – to było naprawdę wyjątkowe doświadczenie.

Piękne lale z Krawala ubrane w tiulowe ozdoby autorstwa pani Małgorzaty.

Co według Pani decyduje o unikalności żywieckiego stroju mieszczańskiego? Co go wyróżnia i definiuje?

MO: Sam haft na tiulu jest dla mnie kluczowy – to on w dużej mierze definiuje strój. Choć podobny haft występuje także w innych regionach, na przykład w Szamotułach, tamtejsze czepce mają wstęgi i stosują trochę inną technikę. Mają też tzw. „snutki” – delikatne niteczki w batyście i cienkiej bawełnie, które nadają im niepowtarzalny charakter. To naprawdę piękne detale, których w naszym hafcie nie ma.

Natomiast nasz haft żywiecki jest niezwykle bogaty, wręcz przesycony wzorami. Niektórzy mogliby powiedzieć, że czasem jest zbyt „przesadny”, ale właśnie w tym tkwi jego wyjątkowość. Sam strój, jego wygląd i bogactwo haftu mówią same za siebie – to one wyróżniają żywiecki strój mieszczański i nadają mu niepowtarzalny charakter.

Jak Pani zareagowała na wpisanie tradycji żywieckiego stroju mieszczańskiego na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa?

MO: Z wielką radością! Brałam w tym udział – to było dwa lata temu, w 2023 roku. Ten wpis otworzył też nowe możliwości, bo choć wcześniej jeździłam na różne wystawy, w ubiegłym roku zostałam wyróżniona na Jarmarku Lubelskim „Re-tradycja”. To zjazd twórców z różnych krajów, głęboko zakorzenionych w tradycji swoich państw.

Tam zdobyłam nagrodę, a teraz jadę tam już po raz drugi. Na wystawie były wszystkie informacje – po polsku i po angielsku – że żywiecki strój mieszczański został wpisany na listę dziedzictwa. Mogę to wszystko poprzeć zdjęciami. To wyróżnienie spotkało się z uznaniem jury i uczestników, którzy doceniają tradycję i kunszt wykonania tych strojów.

Pani Małgosiu, w jaki sposób, Pani zdaniem, możemy dziś skutecznie chronić i promować lokalne tradycje, takie jak ta, którą Pani reprezentuje?

MO: Niedawno rozmawiałam o tym podczas mojej wystawy z burmistrzem naszego miasta oraz z dyrektorem Miejskiego Centrum Kultury. Ubolewałam nad tym, że młodzież interesuje się tym coraz mniej, choć wystawa przyciągnęła sporo dojrzałych uczestników i zgłoszenia kolejnych osób.

Burmistrz zaproponował – a część tego już się dzieje – wyjścia do szkół, pokazy, warsztaty i zajęcia praktyczne, dzięki którym można by zainteresować młodych ludzi tym dziedzictwem. Kluczowe jest też znalezienie odpowiedniej motywacji, by chcieli w tym uczestniczyć i rozwijać swoje umiejętności.

Czy myślała Pani o przekazaniu swojej wiedzy w formie publikacji, albumu albo podręcznika?

MO: Nie, i już tłumaczę dlaczego. Mamy jeden, bardzo stary podręcznik „Zdobnictwo kobiecego stroju żywieckiego” z 1931 r., stworzony przez Stanisławę Matuszkówną, którą wspomina się jako prekursorkę tej dziedziny. Poza tym strój żywiecki wraz z haftem nie jest aż tak stary – obejmuje około 300 lat.

Skąd się wziął? Żywieccy rzemieślnicy byli zamożni i mieszkali przy ważnym szlaku, szlaku wiedeńskim. Przywozili stamtąd dla swoich kobiet najpiękniejsze materiały: czepce, tiule, wstążki, koronki, korale… Dzięki temu mogły powstać bogato zdobione stroje – pięć haftowanych halek, a przede wszystkim tiul, który nie jest w pełni polski, lecz przywieziony z Francji czy Włoch.

Dlatego mówię o „papudze narodów” – to nie jest określenie pejoratywne, po prostu tak było. W Polsce stroje mieszczańskie są rzadkością – poza żywieckim taki strój ma jeszcze Toruń. To nie są stroje ludowe, lecz mieszczańskie i bardziej szlacheckie. Żywiec i Toruń są jedynymi miastami w Polsce, które mogą pochwalić się takim dziedzictwem.

A wracając do opracowania reprintu Stanisławy Matuszkówny „Zdobnictwo kobiecego stroju żywieckiego” z 1931 r. – tam jest wszystko: jak ułożyć czepiec, ile halek, jak skroić i wykroić wszystkie elementy stroju. Jest to opisane w sposób tak kompletny i przemyślany, że właściwie nie mamy czego dodawać ani wymyślać. Jeśli będziemy archiwizować to, co mamy, to raczej w formie dokumentacji niż tworzenia nowych wariantów – po prostu nie ma potrzeby niczego wymyślać.

Moja rola polega więc na tym, że oprócz kultywowania żywieckiej tradycji i haftowania strojów, tworzę też własne projekty – fantazyjne, autorskie, takie jak np. duże obrazy haftowane, małe laleczki czy inne dekoracje. Te ostatnie powstały również z myślą o tym, żeby każdy mógł mieć coś w przystępnej formie – np. na choinkę czy w formie prezentu – bez potrzeby posiadania dużych form tiulowych.

Dlatego bardziej niż podręcznik czy nowy instruktaż, przydałby się katalog archiwizujący nasze tradycje i dotychczasowe prace – taka dokumentacja, która zachowa wiedzę i pozwoli ją przekazać kolejnym pokoleniom.

A czy ma Pani jakieś marzenie związane z haftem, może jakiś szczególny projekt, który chciałaby Pani jeszcze zrealizować?

MO: Nie jestem pewna, czy można to nazwać marzeniem, ale obecnie dostałam propozycję od Stowarzyszenia Twórców Ludowych, aby wziąć udział w projekcie, w którym trzeba wyhaftować pewne historie i przelać je na tkaninę. Zaczynam nad tym myśleć i mam nadzieję, że uda mi się go zrealizować.

Małgorzata Ostrowska dzieli się swoją twórczością na targach rękodzieła w Żywcu.

Co daje Pani największą satysfakcję?

MO: Największą satysfakcję daje mi realizowanie moich pomysłów i widzenie, że są one doceniane – zarówno przez osoby oglądające moje prace, jak i przez innych twórców czy uczestników warsztatów.

A czy haft jest dla Pani także formą relaksu, a może formą medytacji?

MO: Do końca relaksu nie, bo w tej chwili jest z tym zbyt wiele obowiązków. Praca goni pracę i trudno mi się wyciszyć. Natomiast to drugie – medytacja – bardzo mi się podoba. Faktycznie, kiedy haftuję, tyle myśli krąży w głowie, tyle pojawia się pomysłów, postanowień… To jest jak medytacja na sto procent. Głowa pracuje cały czas.

Jakie wartości według Pani niesie za sobą rękodzieło w dzisiejszym świecie?

MO: Ogromne wartości. Przede wszystkim podtrzymuje nasze tradycje, rodzime zwyczaje. Powoli, ale jednak, dzieje się coś, co eliminuje bylejakość i brak artyzmu. Ludzie to doceniają – choć niestety nie zawsze. Obserwuję, jak wielu już nie odróżnia prawdziwego rzemiosła od tandety. Mamy np. sklep w pobliżu, gdzie sprowadzane są góralskie ciupagi czy kierpce „made in China”. To jest tragedia, bo ludzie nie doceniają prawdziwej wartości ręcznej pracy. Takie dzieła są bardzo kosztowne i wymagają ogromnego wkładu, a często zdewaluowane w odbiorze społecznym.

Ludzie często nie rozumieją, dlaczego za ręcznie wykonane dzieło trzeba zapłacić i ile czasu oraz energii to kosztuje. 

MO: A czasami wcale nie chodzi o sam zarobek – chodzi o to, że wkładam w to swój czas, pracę, drogi materiał. Aby móc tworzyć kolejne rzeczy, muszę w jakiś sposób odzyskać kapitał.

Jakie przesłanie chciałaby Pani skierować do osób rozpoczynających naukę haftu na tiulu? Gdyby miała Pani okazję odwiedzić liceum i spotkać się z młodzieżą, w jaki sposób zachęciłaby ich Pani do zainteresowania się tą techniką?

MO: W takiej sytuacji widzę siebie z czasów szkoły średniej, na początku mojej drogi zawodowej. Potrafiłam całymi dniami coś tworzyć – haftować, robić na drutach – a potem z dumą nosiłam własnoręcznie wykonane rzeczy. Dziś moda na takie wyroby wraca. Często słyszę: „Ty zawsze byłaś pięknie ubrana, miałaś rzeczy, jakich nikt inny nie miał”. To pokazuje, że można wyglądać modnie i oryginalnie, nie sięgając po ubrania z sieciówek. To naprawdę daje ogromną satysfakcję –  świadomość, że stworzyło się coś własnymi rękami.

Kiedy ostatnio nosiła Pani swój strój żywiecki i w jakiej sytuacji?

MO: Ostatni raz ubrałam go jesienią, piękną, złotą jesienią, podczas projektu „Relacje między pokoleniami” organizowanego przez stowarzyszenie. Ubierałyśmy strój ja, moja synowa oraz moja pięcioletnia wnuczka. Byłyśmy wszystkie trzy i tańczyłyśmy w parku wśród opadających liści. To było naprawdę wyjątkowe doświadczenie, nosiłam wtedy swój strój z dumą.

Pani Małgosiu, czy chciałaby Pani jeszcze coś dodać, podzielić się czymś, co leży Pani na sercu w kontekście tradycji żywieckiego stroju i haftu?

MO: Tak, jest jedna rzecz, która leży mi bardzo na sercu – to właściwe ujęcie żywieckiego haftu na tiulu w systematyce polskiego rękodzieła. Wielu ludzi go nie zna albo uważa, że jest stricte mieszczańskim haftem i nie mieści się w kanonach haftów ludowych. Tymczasem całe nasze dziedzictwo regionalne opiera się na haftach – w każdym stroju można znaleźć jakieś zdobienia.

Żywiecki haft jest jednak często pomijany, bo nie jest ludowym haftem, i przez to jest słabo zauważany i doceniany, nawet przez etnografów.

Czy w Muzeum Żywieckim brakuje osoby, która podjęłaby się opracowania monografii tego haftu?

Obecnie razem z panią kustosz Dorotą Firlej i panią Agatą Muchą z Narodowego Instytutu Dziedzictwa oraz Asystą Żywiecką staramy się o wpisanie samego haftu na tiulu na listę dziedzictwa – wcześniej wpisano cały strój, a teraz chcemy, żeby sam haft został uznany oddzielnie. To będzie kolejny etap w ochronie i promocji naszej tradycji.

Serdecznie dziękuję Pani Małgosiu za poświęcony czas i podzielenie się swoją pasją oraz doświadczeniem. Pani opowieści o żywieckim hafcie i stroju mieszczańskim pokazały mi, jak pięknie można łączyć miłość do tradycji z własną twórczością. Ta rozmowa była dla mnie prawdziwą lekcją wrażliwości, cierpliwości i oddania sztuce i pozostanie dla mnie inspiracją na długo.

Wywiad przeprowadzony w lipcu 2025 r. w Żywcu.
Rozmawiała: Joanna Zawierucha-Gomułka
Fotografie: Bartosz Cygan 

Wywiad zrealizowany na zlecenie krakowskiej Fundacji Burza Mózgów.

Dofinansowano ze środków MKiDN pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Przewijanie do góry